wtorek, 8 grudnia 2015

You Have To Win The Game

Nic nie muszę - wszystko mogę. Dziś krótko i bez zbędnego rozpisywania się bo tej gry po prostu nie lubię.




Pierwsze wrażenie było dośc dziwne. Po uruchomieniu gry pojawia nam się obraz mający przypominać zapewne stary, kineskopowy telewizor. Trochę oczy bolą ale na szczęście szybko można się przyzwyczaić. A gdy już się przyzwyczaimy, możemy spokojnie dać się porwać w świat tej przedziwnej platformówki.

A jaki jest ten świat? Olschoolowa grafika z bardzo skąpą gamą kolorów (jakoś strasznie dużo tam różu), brak muzyki (tylko odgłosy tła i naszego skakania), różnorodność plansz ograniczona do minimum i cała masa rzeczy, która chce cię zabić. Żadnego wprowadzenia czy fabuły. Wita nas tylko kilka "tutrialowych" tabliczek typu "1. touch", "2. die", "3. respawn". Ok, zgadzam się, że niewiele więcej nam potrzeba żeby zacząć grać, niemniej jednak liczyłam na jakiekolwiek zabarwienie fabularne.



Plansze są skrajnie różne. Od takich gdzie nic nie robimy i tylko przechodzimy tunel, po takie, gdzie zaczynamy się zastanawiać, jak bardzo twórcy drwią sobie z nas, próbując wmówić nam, że to się w ogóle da zrobić. Oj tak, miałam wrażenie, że w tej grze możemy się przekonać, że nie ma rzeczy niemożliwych. Nawet nie wiem ile razy zdarzało mi się gapić na nową planszę i zastanawiać się czy to jest ten moment gdy wyłączam grę i nie wracam do niej nigdy więcej, czy jednak próbuję przejść i może przy 1578 podejściu mi się uda. I wiecie co? Te najtrudniejsze plansze zawsze się powtarzały. Cieszysz się, myślisz, że to już - dokonałeś niemożliwego! A za chwilę ta przeklęta gra wraca cię w to samo miejsce i nie ma odwrotu. "Halo! Udowodnij nam, że naprawdę umiesz przejść już tą planszę. Wydaje nam się, że ostatnio udało ci się tylko przypadkiem." A ty masz łzy w oczach, bo wtedy naprawdę udało ci się tylko przypadkiem...

W dokonywaniu niemożliwego pomagają nam i przeszkadzają niemal na równi, dzwoneczki, służące do zapisu stanu gry. Są wszędzie, nawet gdy tego nie chcemy. Bo z jednej strony fajnie mieć zapis przed skokiem w nieznane, a z drugiej twórcy nie oszczędzają nas i lubią wcisnąć nam cholernego dzwoneczka w samym sercu kolejnego mission impossible. I wtedy już ani wrócić, ani iść dalej. Zostaje tylko te 1578 niezmordowanych prób albo rzucenie padem/klawiaturą o podłogę.



W trakcie gry odblokowujemy też niektóre elementy terenu i zdobywamy pewne dodatkowe zdolności, które pomagają nam... no właśnie! W tym wszystkim kompletnie zapomniałam o celu gry. Celem gry jest zdobywanie woreczków z pieniędzmi, które ukryte są w najróżniejszych, często trudno dostępnych i ukrytych miejscach. Zdobywanie dodatkowych zdolności pomaga nam w dostaniu się w te trudnodostępne miejsca i przechodzeniu do dalszych części mapy.

Sama mapa jest bardzo rozległa i w niektóre jej obszary bardzo trudno wrócić (o ile jest to w ogóle możliwe). Nawet na początku gry, jeśli nieopatrznie ruszymy za daleko, bez wcześniejszego odblokowania pewnych elementów terenu, możemy utknąć gdzieś, bez szansy wyjścia. W takiej sytuacji, niestety musimy zaczynać od nowa całą grę i liczyć na to, że następnym razem nie zrobimy dokłądnie tego samego. Poza tym możemy poruszać się po mapie w miarę swobodnie i do woli przechodzić raz po raz wszystkie te cholerie trudne plansze. I wcale nie trudno po raz tysięczny wkopać się w największe bagno.



Ciekawym elementem gry są nazwy każdej z plansz. Zazwyczaj nie mają większego znaczenia lub po prostu opisują jakoś to co mamy przed nosem. Warto jednak zwracać na nie uwagę i brać sobie do serca wszelkie ostrzerzenia. Jeśli widzimy "Za żadne skarby nie idź w lewo" to znaczy, że ZA ŻADNE SKARBY NIE IDZIEMY W LEWO! Jeśli jest napisane "Nie warto" to po prostu odpuść. Na pewno nie będzie warto. Pod tym względem twórcy są z nami w 100% szczerzy.

No i na koniec magiczne słowo i symbol. Na ścianach pojawiają nam się rozmaite napisy mówiące coś o jakimś słowie i symbolu. I znów - jeśli dochodzimy do końca gry i pojawia nam się napis "Jesteś pewien, że znasz magiczne słowo i symbol?", to lepiej żebyśmy byli pewni.



Gra nie zna litości i nie prowadzi nas za rączkę. Wręcz przeciwnie - utrudnia wszystko do niewyobrażalnego poziomu. Moim skromnym zdaniem, w takim stopniu jest to często zbędne i irytujące. Nawet nie chcę sobie wyobrażać trudnego powziomu tej gry. Niemniej jednak jest w niej coś co wywołuje u gracza syndrom sztokholmski. Klęłam, odchodziłam od tej gry tysiące razy, złościłam się i irytowałam ale nie mogłam przestać w nią grać. I nadal czuję, że usiadłabym przy niej na cały dzień i w końcu może ją przeszła. No właśnie - nie przeszłam tej gry. Myślałam, że może jednak złapie mnie za rączkę, gdy byłam już przy samym końcu i dowiem się dlaczego "muszę przejść tą grę". Zostałam jednak w bardzo brutalny sposób zrzucona z urwiska i jakoś się po tym nie pozbierałam. Chciałam usiąść do niej w prawdzie od nowa, lecz mój S.O., widząc jak się przy niej męczę, bezczelnie mi ją odinstalował. Bardzo mu za to dziękuję.

Czy polecam tą grę? Nie wiem. Jeśli ktoś szuka czegoś w czym naprawdę może się sprawdzić, ma dużo czasu i samozaparcia to proszę bardzo. Jeśli ktoś chce się zrelaksować i odpocząć przy dobrej grze - nie secjalnie. Ja chyba chciałam się zrelaksować.

Dlaczego gra może spodobać się dziewczynie:
Nie mam bladego pojęcia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz